Wyszliśmy z cienia drzew, spod pachnącej, śpiewającej, syczącej zieleni. Z miejsca obserwacji błękitnego strumyka dostarczającego rozrywki w postaci odbicia miłej płaskiej i owłosionej obficie twarzy . Na gałęzi było miło i spokojnie, chociaż dosyć monotonnie. W dodatku te węże!
A my czuliśmy w sercu, że chcemy czegoś więcej.
I tak zaczęła się nasza tułaczka, która zmusiła nasz do ciągłego przyspieszania tempa. Ach, gdyby, nasza adaptacja odbywała się nieco szybciej! Niestety jest opóźniona w rozwoju. O kilka(dziesiąt?) tysięcy lat.
Co w nas zatem pozostało z przeszłości? Na przykład liczne nieuzasadnione lęki. Ale też biophilia*
*Pojęcie „biofilii” opisuje głębokie przyciąganie i uczucie miłości do wszystkiego, co żyje. Niemiecki psycholog Erich Fromm wprowadził ten termin w 1973 roku w swojej publikacji „The Anatomy of Human Destructiveness”, opisując biofilię jako głębokie uczucie miłości do życia i żywych istot. Edward O. Wilson, biolog o amerykańskich korzeniach, rozwinął ten koncept w swojej książce „Biophilia” po dekadzie od Fromma, argumentując, że ludzka skłonność do czerpania radości z przyrody ma swoje źródła w genetyce. Wilson zauważył, że przez większość historii ludzkości, stanowiącą ponad 90% czasu naszego istnienia na planecie, ludzie żyli w bliskim kontakcie z naturą.

Panowie Fromm i Wilson ubrali w słowa to, co każdy czuje – kochamy naturę!
Kochamy takie jej formy, które nas koją. Stąd zamiłowanie do pięknych ogrodów, parków. Stąd gatunek pejzażu w sztuce. Dlatego zieleń i błękit działają na nas kojąco!
Ponieważ niniejszy blog koncentruje się wokół sztuki, chciałam poruszyć temat możliwości jakie daje malarstwo w kwestii naszego „powrotu do natury”. Zostawiając na boku całą, fascynującą historię pejzażu w malarstwie europejskim czy azjatyckim, nie podejmując tematu kiczowatych landszaftów i fototapet z lasem, skupię się na przyziemnym aspekcie doboru obrazu do gabinetu lub poczekalni lekarskiej.
Są momenty, kiedy sztuka ma nas pobudzić do refleksji, kiedy ma nas zaniepokoić. Jest potrzebna żeby nami wstrząsnąć, oczyścić, dostarczyć katharsis. Pobudzenie do myślenia połączone z przeżyciem estetycznym to podstawa ontologiczna sztuki. Cała umiejętność świadomego nawigowania procesu odbioru (lub konsumpcji) sztuki polega na właściwym dobraniu „ miejsca i czasu akcji”.
Miejsce, w którym przebywa zestresowany pacjent powinno pomagać mu w walce z lękiem czy uzasadnionym strachem. Dlatego dbając o dobrostan pacjenta można zainwestować trochę w poczekalnię.Tutaj może spotkać się sztuka i medycyna. Dobre malarstwo w takim miejscu podświadomie dodaje prestiżu gabinetowi, a tym samym, na odcinku nieuświadomionym zwiększa zaufanie. Ale jest jeszcze ważniejszy proces , który powinien odbywać się w umyśle pacjenta patrzącego na dobrze dobrany obraz w poczekalni – uspokojenie. W kontekście opisanego zjawiska biofilii, dobrze jeśli taka praca nawiązuje do przyrody, do nieba, wody, zieleni. Do atawistycznych mechanizmów tęsknoty za naturą, za snem pod gołym niebem i szumem drzew.
Na koniec zostawiłam jeszcze jeden szalenie istotny aspekt. Dobre malarstwo intryguje, zastanawia. Refleksja nad powieszonym na przeciwnej ścianie obrazem w trakcie oczekiwania „na wyrok” pomaga skierować myśli na inne tory niż choroba. Angażuje mózg w proces analizy zupełnie innej materii niż ta, z którą pacjent przychodzi do gabinetu. Odrywa od cierpienia, od skoncentrowania na bólu czy strachu. Sztuka do gabinetu musi być naprawdę przemyślana.
Podsumowując – “przychodzi baba do lekarza a tam obraz” :
Jako dodatek przedstawiam subiektywną listę obrazów, których należy unikać w poczekalniach i gabinetach:
1.reprodukcji „Lekcji dr Deijmana” 😊

2.ekspresyjnych abstrakcji w czerwieni (zwłaszcza w gabinetach chirurgów i dentystów)
3.opt artu (u okulistów)
5.realizmu magicznego i surrealizmu(u psychiatrów )
6. reprodukcji krzyku Muncha i obrazów Van Gogha (tamże)
7.malarstwa grubofakturowego, strukturalnego (u onkologów i dermatologów)
8. aktów ( u ginekologów)
Przykładów można by mnożyć 😊
A na poważnie – niektórzy specjaliści inwestują w monitor, na którym wyświetlane są filmiki reklamujące daną usługę medyczną. Gorąco nie polecam! Koszt podobny do obrazu, a efekt odwrotny. Nie zapomnę „reklamy” liposukcji, w jednej z klinik dermatologicznych, w której pacjent miał możliwość dokładnego przyglądania się etapom tej procedury. Zabiegu nigdy nie planowałam, byłam w gabinecie w innym celu, ale po tym uroczym seansie „oswajającym” z medycyną estetyczną, postanowiłam, że nigdy nie skorzystam z żadnych usług chirurgicznej poprawy wyglądu.
Albo przykład z gabinetu ortodontycznego – wielki telewizor z najwyższej półki na centralnej ścianie, a na nim video protez, mostków, bezzębnych dziąseł i krzywych zębów.
Na zakończenie – nic nie przebije przybliżonych zdjęć pasożytów u weterynarza, gdzie mój poziom stresu przewyższył poziom stresu mojego psa.
Autorka artykułu jest artystką i okazjonalnie pacjentką.Sztuka i medycyna to obszary jej szczególnego zainteresowania.

Dodaj komentarz