zapiski z rozmowy przy winie z przyjaciółmi
-Czy malarstwo współczesne jest ludziom potrzebne do szczęścia?
Żyjemy w świecie sztucznie wzbudzanych potrzeb. Myślę o współczesnym świecie Zachodu, gdzie absolutna większość społeczeństwa ma zapewnione wszystkie potrzeby materialne. Należy zatem zadać pytanie czy sztuka współczesna przynależy do zbioru potrzeb materialnych czy świata idei.
Dla mnie malarstwo przynależy do dwóch konstelacji – materialnej i duchowo-intelektualnej równocześnie. Może dostarczyć przeżyć estetycznych, pobudzić do refleksji, oderwać od dosłowności, zaprosić w podróż gdzie wyobraźnia, umysł i potrzeba piękna wzajemnie się dopełniają. Uważam, że malarstwo jest ludziom potrzebne do szczęścia tylko nie wszyscy o tym wiedzą.
– Potrzeba piękna? Współcześnie chyba nie istnieje w odniesieniu do sztuki…
– W zdecydowanej większości nie istnieje. W dodatku z potrzeby piękna bardzo często powstaje kicz.
Dlatego tak trudno jest dzisiaj stworzyć na płótnie coś co można nazwać pięknym nie kopiując kanonów piękna odkrytych w poprzednich stuleciach.
A w tym wszystkim najtrudniejsza jest konkurencja z brutalną komercjalizacją, z grubym oszustwem marketingu sztuki, z całym tym napompowanym bełkotem artystycznych szarlatanów. Ten wielki szwindel, ta potworna blaga jaka zapanowała w ostatnim stuleciu w sztuce sprawiła, że potencjalny odbiorca zobojętniał na jej wytwory.
Ludzie oszukiwani przez artystycznych hochsztaplerów, przez mechanizm promocji „marki”, wytwarzania wartości za pomocą reklam tracą rozeznanie i przekonanie co do wartości sztuk plastycznych.
Ja osobiście podczas malowania poszukuję piękna. Piękna odczuwalnego intuicyjnie. Poszukuję też dobra i prawdy. Cała sztuka polega na tym, aby klasyczne idee ubrać w nową estetykę. Aby dodać coś od siebie, ale coś co jest prawdziwe, dobre i piękne na swój sposób. Piękne w kompozycji, harmonii, barwie, nastroju…Do tego dążę. Nie zawsze się pewnie udaje. Moja wizja jest drogą samotnika, odseparowanego od „targowiska próżności” całego cyrku „rynku sztuki”, gdzie rządzi oszustwo, hucpa i pozór.
– Kto jest artystycznym hochsztaplerem?
-Nie będę wymieniać konkretnych nazwisk, ale skupię się na mechanizmach. Np. instytucje , fundusze które „inwestują w sztukę współczesną”. Po pierwsze chodzi o wynalezienie artysty, który szybko i sprawnie „napyka” dużo prac. Następnie wkłada się masę pieniędzy w „pompowanie” wybrańca. Przy dużych pieniądzach możliwości są nieograniczone. Udział w targach sztuki, publikacje w magazynach, audycje w mediach. Sowicie opłacona agencja PR. A brak kryteriów pozwala napisać w superlatywach o każdym bohomazie. Ponieważ coś istnieje w mediach, staje się powszechnie znane. Mamy zatem mechanizm zupełnie taki sam jak przy szkodliwych dla zdrowia batonikach, na których koncerny zbijają majątek.
-Są też niewielkie galerie promujące artystów.
– Jasne, na szczęście jest garstka pasjonatów, którzy starają się słuchać własnego głosu, promować artystów przez siebie wybranych. Tylko ich problem jest taki sam jak problem artystów – ludzie zobojętnieli na sztukę współczesną z powodów, które wymieniłam wcześniej. W dodatku istnieje wyraźne ubożenie klasy średniej, która od czasów swojego narodzenia zapewniała godne życie wielu artystom.
– A muzea? Kulturotwórcza rola państwa? Stypendia ministerialne?
– Kulturotwórcza rola państwa służy jedynie tworzeniu kultury propagandowej. Dawniej był socrealizm. Teraz mamy dekonstrukcję i neo-marksizm. Długi marsz przez instytucje zakończył się sukcesem epigonów marksizmu.
Instytucje kultury i sztuki rozdające uznaniowo dotacje to nieporozumienie. Naprawdę jako podatnik wolałabym, aby państwowe pieniądze szły na wojsko, policję i służbę zdrowia. Państwowy pieniądz w sztuce jest zawsze związany z polityką.
Oczywiście nie odcinałabym od pieniędzy muzeów ze sztuką dawną, bo dbanie o dziedzictwo narodowe to także istotna rola państwa. Natomiast dotacje dla artystów współczesnych są zawsze albo po linii politycznej albo po zwykłej , banalnej „znajomości”.
Może niewielkie pieniądze od samorządów na wspieranie prywatnych inicjatyw kulturalnych mają jakiś sens, ale tylko pod warunkiem dużej przejrzystości. Nie wiem czy jest to możliwe…
– Co myśleć o galeriach internetowych?
-Internet dał szansę szerokiej dystrybucji i wielkiego dostępu do niezliczonych obrazów. Problem zasadniczy jest taki, że bardzo trudno ocenić jakość pracy wyłącznie ze zdjęcia. Oczywiście oglądanie przez internet może być rodzajem preselekcji. Jeśli galeria internetowa daje możliwość obejrzenia obrazu na żywo, usprawnia to proces zakupu. Jest wprawdzie zjawisko „przebodźcowania” odbiorcy. Po obejrzeniu kilkudziesięciu prac trudno ustalić co się naprawdę podoba.
– Jakie formy promocji są dla Ciebie nieakceptowalne?
-Nie lubię otrzymywać propozycji od tzw. „Vanity galleries”, które proponują wystawę w zamian za 1000 euro. Gdybym zapłaciła 3000 euro mogłabym napisać , że miałam wystawę w Paryżu, Londynie i Mediolanie. Może brzmi to elegancko i światowo, ale dla mnie nie do przejścia.
Pewnie biznesowo jestem niewyrobiona, ale nie godzę się na profanację sztuki. Płacenie za to, żeby ktoś oglądał moje prace jest dla mnie jako twórcy uwłaczające. Podobnie pokazywanie swoich prac w kolorowych magazynach wnętrzarskich, które pobierają spore opłaty za „artykuł” na temat danego twórcy. To jest też wprowadzenie klientów w błąd. Dochodzą oni do wniosku, że skoro o artyście “piszą w gazetach”, to oznacza , że jest dobry.
-Co jest wrogiem malarstwa?
-Wszystko co imituje malarstwo, a nim nie jest. Np. ostatnio bardzo modny stał się pouring. Liczni rękodzielnicy rozlewają na płotnie odpowiednio przygotowane farby (zmieszane ze specjalym medium do pouringu) i czekają aż przypadkowe, abstrakcyjne formy rozleją się po całym płótnie. Czasami taki obraz, na pierwszy rzut oka może wyglądać interesująco. Tylko dlatego, że przez ostatnie dziesięciolecia w obiegu sztuki funkcjonowały różne bohomazy uznane przez gremia krytyków. Panuje przekonanie, że przypadkowy chaos to abstrakcja. W ten sposób zapaćkany w 20 minut kawałek płótna może stać się „obrazem”. W dodatku niedrogim.
Kolejnym wrogiem malarstwa są wydruki na płótnie, czasem posmarowane dla niepoznaki kilkoma oryginalnymi pacnięciami farby. Udają obraz (często przystępny w cenie), a są w istocie dekoracją teatralną. Takimi współczesnymi oleodrukami. Uważam, że osoba kupująca powinna mieć pełna świadomość techniki tego typu prac. Obraz może mieć wartość estetyczną , ale nie jest unikatowy, jedyny i niepowtarzalny.
Last but not least największym wrogiem malarstwa jest złe malarstwo. A w nim dwie przeciwstawne estetyki – kicze i bohomazy. Kicze czasami zawierają śladowy, a bywa ,że przyzwoity warsztat. Bohomazy wymykają się całkowicie weryfikacji i mogą jeszcze lepiej imitować malarstwo.
Nie ma jasno określonych kryteriów co jest bohomazem a co jest dobrym obrazem abstrakcyjnym czy ekspresjonistycznym.Wykorzystują to wytwórcy, którzy, jak to nazywam, defekują farbą. Osr..nie płótna kolorem definiuje się jako akt twórczy. Stado zdezorientowanych followersów/baranów/ nie odważy się polemizować. Ponieważ prawdziwe przeżycie estetyczne nie zaistnieje, pozostanie tylko rytuał uznania. Bez porywu serca, bez zaangażowania. Nastąpuje powolny proces zobojętnienia na sztukę.
Czasami żartobliwie twierdzę, że historia malarstwa dzieli się na kicze i bohomazy. Chociaż oczywiście znajdzie się kilka wyjątków od tej reguły.

Dodaj komentarz